Goście jadą!

...gdy chłopiec, od rana czatujący na drabinie u komina, zakrzyknął: — Goście jadą!
Naówczas usłyszawszy klaśnięcie z batoga, wszystko co żyło ruszało się w domu, hajduk szybko naciągał czekczery i lejbik, żeby się z posługą u butelek nie opóźnić. Jegomość brał co najprędzej kontusz, a jejmość kołpaczek i strój niedzielny. Tymczasem powolnie posuwał się powóz ku dworowi, czy to żeby tłustych nie mordować koni, czy też żeby dać państwu czas do przygotowania się na przyjęcie, a stangret nie żałował ręki i nieustannie z bicza walił a walił. Zajeżdżała tedy kolasa lub gdańska kareta przed ganek, a gdy państwo z dziećmi byli, towarzyszył jej czasem syn pierworodny na kucyku.
Gospodarstwo wychodzili naprzeciw, jegomość wprowadzał uroczyście i ceremonialnie opasłego sąsiada wystrojonego wspaniale i przy pałaszu, jejmość, małżonkę jego — tak wchodzili do bawialnego pokoju. Nie obeszło się to bez komplementów, bez ceregielów u drzwi, na progu i przy zajęciu miejsca, gdy zasiadali.
Następnie gospodarz powstawszy prosił o odpasanie pałasza, przyczem nie pominiono znowu długich grzeczności i wrzekomego oporu, ale w ostatku usilnem naleganiem pokonany gość, odejmował broń i w komitywie gospodarza składał ją w głównym kątku pokoju.
Tuż i hajduk wchodził niosąc na tacy parę butelek i jeden, mniej więcej, pól kwartowy kielich, ten gdy wzajemnie całując się spełniono, butelki były wprędce suche i na skinienie pańskie, hajduk, który je wyniósł, powracał z czterma, a do nich z kielichem większego rozmiaru.
Czasem się gość wymawiał, ale w tem była sztuka gospodarza uprzejmego, aby tak przekonywające wynajdywać zdrowia, a do nich sentencye i teksta łacińskie, żeby gość od wychylenia wiwatu wyłamać się żadną miarą nie mógł.
Jeśli to było czasu wakacyi lub świąt, przywoływano synów, którzy w kontusikach i przy pałaszach stanowili się na rozkaz pana ojca.
Powitanie łaskawego sąsiada stosowało się do godności jego — stolnikowi, cześnikowi lub t. p. ręce tylko ucałować było potrzeba, kasztelanowi, a broń Boże wojewodzie, plackiem do nóg.
Uczono nas zawczasu pokory i poszanowania dla wieku i zasługi. Jeżeli sąsiad był z żoną i córkami, jejmość przyjmowała kobiety w drugim pokoju czyli alkierzu jak go podówczas nazywano. Tam dla nich podawano kawę, gdyż herbaty nie używano jeszcze, tylko na lekarstwo i to z szafranem, a gdy damy po cichu sobie gwarzyły, w pierwszej izbie pili i spijali się rozczuleni sąsiedzi. Kiedy się tak trzech lub czterech dobrych szczerych i poufałych dobrało przyjaciół, pod wesoły humor i fantazyę, pewnie w beczce sam tylko lagier pozostał; a nazajutrz jegomość musiał ruszać do miasta i pro zapas kupić drugą, aby go kto nie schwytał na nieprzygotowanego. Podchmieleni, już na wyjezdnem, strzemiennego jeszcze na stopniach karety lub kolaski wychylić musieli; gościnność nie ustawała często aż za bramą.

Pamiętniki Jana Duklana Ochockiego